czwartek, 13 listopada 2014

Istnieje tylko to – co namacalne, co jesteśmy w stanie dotknąć, zobaczyć, zrozumieć, usłyszeć. Wszystko inne jest wytworem naszej wyobraźni, historią wymyśloną przez umysł pożądający coraz to nowszych wrażeń, pożywki dla emocji, treści dla wypełnienia wewnętrznej pustki.

Skąd takie przemyślenia?

Zawsze ciekawiło mnie, z ilu światów składa się nasza rzeczywistość? Czy istnieją duchy, szatan, diabły, czy możliwe są opętania?

Zastanawiałam się nad tym, co to jest astral? Jaką ma pojemność i co w sobie zawiera?

Odpowiedź brzmi – astral to wszelkie wytwory naszego umysłu, nasze marzenia, emocje, nasze sny (także te na jawie), nasze wierzenia (dotyczące Boga, bogów, świata, duchów, wszelkich bytów i nie-bytów), nasze myśli i wyobrażenia – dotyczące świata materialnego.

Każdy człowiek ma swój własny, prywatny świat astralny, który zależy jedynie od siły jego wyobraźni oraz od wiary w teorie i przekazy kreowane przez innych ludzi, systemy polityczne, religijne, duchowe, naukowe, itp. Zawiera się w nim wszystko w co wierzymy, wszystko – co uważamy za prawdziwe. Astral wymiar obejmuje również to, czego sobie nie uświadamiamy, wszelkie projekcje lękowe, istniejące od wieków archetypy, legendy i podania, symbole, przekazywane od pokoleń postawy i przekonania. Każda społeczność ma swój własny mistyczny wymiar, złożony z myślokształtów.

Odrębne światy astralne, często niezwykle rozbudowane i barwne kreują pisarze, artyści plastycy, poeci. Czy zdarzyło wam się, patrząc na obraz namalowany na płótnie, przedstawiający jakiś wycinek rzeczywistości, zastanawiać się nad tym, co jest dalej, poza ramami wyznaczonymi przez perspektywę? Mnie tak. Zabawne jest to, że dokończenie, przedłużenie takiego wycinka świata przedstawionego przez dzieło sztuki u każdego człowieka wygląda inaczej i zależy od właściwości jego prywatnego świata astralnego.

Zdarzyło mi się, nie raz i nie dwa, przekonywać dziecko, że zza łóżka w nocnych ciemnościach na pewno nie wyskoczy żaden kościotrup. Czy jednak … aby na pewno?

Szczególną moc w kreowaniu światów astralnych mają strach i lęk. To, co nieuświadomione, co pokrywa cień, czego nie jesteśmy pewni, co powoduje obawę, wywołuje poczucie winy, odpowiedzialności czy obowiązku – jest najsilniejsze. Te rzeczy kreują najcięższe, najtrudniejsze światy astralne. Stąd dla dziecka taki kościotrup, wyskakujący zza łóżka jest jak najbardziej prawdziwy i realny. Dziecko jest w stanie takiego kościotrupa zobaczyć i wybudzić się w nocy z krzykiem.

Ciekawą rzeczą jest OOBE, będące ponoć furtką do świata myślokształtów. Dla mnie – to niezwykle sugestywna kreacja umysłu w momencie, gdy ciało śpi, a świadomość ulega przebudzeniu. Z powodu paraliżu przysennego człowiek nie jest w stanie się poruszyć, a to może powodować strach. Doświadczenie dość niezwykłe, szczególnie wtedy, gdy pół-jawa miesza się ze snem. Świadomość zasypia w trakcie, a potem mamy serię przebudzeń w tak zwanym „nadal śnie”.

Gdzieś w głębi duszy tęsknimy do takich magicznych, dziwnych, odrealnionych światów, choć tak naprawdę wolelibyśmy panować nad własnymi doznaniami i mieć pełną kontrolę nad tym, co nam się przydarza. Dlatego najzdrowszym podejściem jest (wg mnie) przyjęcie, że istnieje tylko to, czego jesteśmy w stanie doświadczyć, zobaczyć czy dotknąć, będąc jednocześnie w stanie równowagi umysłowej i psychicznej. Tylko pełna świadomość siebie i swoich uwarunkowań potrafi rozproszyć mrok.



piątek, 07 listopada 2014

Dzisiejsza kawa, to kawa wieczorna. Poranna się nie liczy; jako że pita w pośpiechu to można uznać, że w ogóle jej nie było. Mój rytuał kawowy wymaga ciszy, spokoju i czasu dla swobodnych, niczym nie skrępowanych przemyśleń.

Takie chwile, kiedy jesteśmy sami ze sobą są rzadkie. Codzienna praca, obowiązki oraz tak zwane umilacze czasu: telewizja czy internet, oddalają nas od naszego wnętrza, naszych marzeń i pragnień.

Dopadł mnie jesienny, nostalgiczny nastrój. Wieczorami pragnę, by godziny ciągnęły się w nieskończoność. Czuję się bardzo sennie, unikam czynności wymagających logicznego myślenia, skupienia się i uwagi. Na ile mogę, wycofuję się z codziennego życia, jestem jak leniwie płynąca rzeka, omijam liczne kamienie, powalone drzewa, kierując się na coraz bardziej płaskie, niewymagające tereny. Dziwny stan. A mnie z nim całkiem dobrze. Bezruch, bez-myślenie, bez-istnienie. Można by tak godzinami leżeć na kanapie i patrzeć w sufit. Po prostu być – kiedy niczego więcej do szczęścia nie potrzeba.

Poranki są szybkie i energiczne, popołudnia bardzo zaangażowane w codzienne czynności. Mam wrażenie, że życie przemyka niczym sceny, przewijające się pod powiekami w trakcie bardzo intensywnego snu. Jest jak obraz malowany latami, w wielu odcieniach, od słonecznego, poprzez jaskrawości, potem barwy stonowane a gdzieniegdzie ciemne i ponure, by na koniec pokryć wszystko bielą. Bielą, po której długo, długo nie ma nic.

A potem? Znów biała kartka …


środa, 05 listopada 2014

3.

Slavo nigdy nie wpadł na to, że ktoś mógłby go szukać w tak dziwacznym miejscu. Dorwali go w astralu, gdy grał w karty, karczma zwała się: „Nad Białym Gołębiem”. Pojawili się nagle, przerywając rozgrywkę w najciekawszym momencie. Wyglądali inaczej, niż potem w rzeczywistości, ale tak to już jest, że w krainach niematerialnych ci bardziej inteligentni i obyci umieją ukryć swoją tożsamość. Sam to robił i jak dotąd zawsze mu się udawało, maskował się tak dobrze, że nikt nie był w stanie go rozpoznać. A to pozwalało na pewne odstępstwa i małe niegodziwości, nieszkodliwe, aczkolwiek niedozwolone przy jego profesji.

Poczuł się niepewnie, gdy telepatycznie poprosili go o rozmowę, nazywając o zgrozo „kapłanem”. Nie byli zbyt dyskretni i nie kryli się z myślami, najprawdopodobniej nie zastanawiali się nad tym, co czynią. Wszyscy zebrani obrócili swe niecielesne powłoki w ich stronę. Kapłan w astralnej karczmie, to było coś, co niewątpliwie zasługiwało na uwagę.

– Hej! A z jakiej ty świątyni ojczulku jesteś? – zapytała rozlewająca się przy stole nieforemna masa, będąca w rzeczywistości dość znanym i niezbyt uczciwym kupcem, zasiadającym w radzie miejskiej. Ten przynajmniej nie musiał kryć swej tożsamości, mało kto się ważył rozliczać z czegokolwiek jednego z głównych popleczników króla Gupita.

Slavo doznał szoku i omal się nie wybudził, już prawie czuł drżenie i siłę próbującą wciągnąć go z powrotem do ciała, jednak zwykła ludzka ciekawość zatrzymała go w astralu. Na szczęście nieznajomi nie wypowiedzieli jego imienia, zbyt wielu tu obecnych korzystało w realnej rzeczywistości z jego kapłańskich posług.

Wymknęli się szybko, we troje, razem z nim szaman i dziewczyna. Udali się w miejsce niedostępne dla ogółu, by umówić się na kolejny dzień w świecie materialnym, w ogrodzie nieopodal świątyni.

 ***

– Zarabiać w taki sposób? – Slavo nie krył swego zdumienia. – Nie, to niemożliwe. Jestem kapłanem, nie biorę pieniędzy za pomoc ludziom. Reguła mi na to nie pozwala. Wybaczcie, ale nie mamy o czym gadać.

Po tych słowach, zerwał się z ławy i ruszył biegiem w kierunku świątyni. Dzisiejsi goście zadziwili go niepomiernie. Jeden wzrostu krasnoluda, drugi ponad dwumetrowy, podający się za szamana i kobieta w wieku około dwudziestu pięciu lat, blondynka na dodatek. Proponowali interes i równy podział zarobków. Kuszące, bardzo kuszące, choć niemożliwe do zrealizowania.

– Zaczekaj! – krzyknął szaman, goniąc go długimi susami. – Nie skończyliśmy rozmowy.

– Owszem skończyliśmy! – odparł Slavo, zręcznie unikając jego muskularnych ramion.

Dziedziniec świątynny był tuż, tuż. Jeszcze tylko dwa kroki i nie zdołają go dopaść. Nie docenił kobiety. Wykorzystała moment, gdy próbował ominąć szamana i zastąpiła mu drogę. Zatrzymała go jednym spojrzeniem, któremu nie potrafił, bądź nie chciał się oprzeć. Było w jej oczach coś zniewalającego.

– Czwartą część dochodów będziemy odprowadzać, jako datek, dla świątyni – powiedziała. – Arcykapłan będzie wielce kontent i obdarzy cię swoimi względami!

– Wolałbym uniknąć jego względów … – mruknął Slavo.

– Rozgłosimy wszem i wobec o twoich wybrykach w astralu – nie odpuszczał szaman – Jak będzie trzeba, to zmyślimy to i owo … żeby było drastyczniej.

– To szantaż! – Slavo nie krył swego świętego oburzenia.

– Nazwij to jak chcesz – oznajmił najniższy, ten wzrostu krasnoluda.

Zbliżył się powoli, krocząc dostojnie i w przyjaznym geście rozłożył ręce.

– Mój drogi, nie ma co się opierać – dodał – z nami nie wygrasz, jesteśmy wyjątkowo uparci i bezwzględni.

– Zresztą, ty przecież tego chcesz, nieprawdaż? – poparł go szaman. – To takie ludzkie, angażować się w sprawy innych, szczególnie wtedy gdy ma się wiele do powiedzenia i do zrobienia, gdy posiada się talenty i pewne umiejętności …

– Rozruszasz się trochę – zachęcała dziewczyna – boża służba jest nudna, wciąż te same obowiązki, rytuały i modły …

Slavo przysiadł na kamieniu. W jego głowie pojawiały się co rusz, to nowe myśli. Propozycja ciekawa i godna rozważenia, a ci skubańcy nie popuszczą, tego był pewien. Będą go nękać tak długo, aż dopną swego. Tylko, że jemu nie wolno działać na własną rękę, poza murami świątyni. Choć z drugiej strony, wystarczyłaby jedna rozmowa z arcykapłanem, odpowiednio przeprowadzona, poparta obietnicą korzyści finansowych …

– Czy możecie mi przypomnieć, jaką część zarobku będziecie oddawać na cele świątynne? – zapytał głośno i wyraźnie.

– Czwartą część! – odpowiedzieli chórem.

Zauważył uśmiechy na ich twarzach, stanęli przed nim rozluźnieni i spokojni. Wyraźnie wyczuwał zmianę w nastrojach, byli mu przychylni i to bardzo.

– Ja jestem Fagen – przedstawił się ciemnowłosy niby-krasnolud. – Szaman to Erdo, a dziewczyna ma na imię Karra.

wtorek, 04 listopada 2014

Przypomniały mi się tegoroczne w Bieszczadach. Mieszkaliśmy w niewielkim drewnianym domku, z okna mieliśmy widok na malowniczą górę, wypełniającą swą ogromną masą cały horyzont. Nocą, gdy gasły wszystkie światła, można było oglądać gwiazdy, śledzić błyski spadających meteorytów. Około północy wyłączane były latarnie przy przy niedalekiej obwodnicy. Głęboka ciemność obejmowała całą okolicę.

Ale nie o tym chciałam pisać. Tak się złożyło, że pewnego dnia pojechaliśmy do Leska. W Lesku jest Tesco, a nasze zapasy żywnościowe wymagały uzupełnienia. Zanim jednak zabraliśmy się za rozkminianie zawartości marketowych półek, poszliśmy zwiedzić miasteczko.

Obejrzeliśmy zamek rodziny Kmitów, a potem udaliśmy się kilka ulic dalej by zobaczyć cmentarz żydowski, wspomniany w powieści Zbigniewa Nienackiego „Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic”:

Cmentarzyk - to pełne uroków miejsce, aż dziwne, że nie zwiedziliśmy go za pierwszą bytnością w Lesku. Jest to wzgórze ze starymi dębami. Ich korzenie, grubsze od ramienia bardzo tęgiego mężczyzny, oplatają kamienne płyty, co świadczy, że leżały one tu wcześniej, niż zaczęły rosnąć dęby, a te mają po trzysta albo i więcej lat. Zresztą, przeczytałem potem w przewodniku, że cmentarzyk posiada nagrobki aż z XVI wieku, gdy w te okolice przybyli Żydzi, którzy uciekli z Hiszpanii.

Stare dęby, kamienne nagrobki w trawie, w uścisku potężnych ramion grubych drzew - ileż w tym uroku i poezji”.

W okolicy cmentarza znaleźliśmy się po południu. Słońce przygrzewało, niewielkie chmury przesuwały się po błękitnym niebie. Brama była zamknięta, a na furtce znaleźliśmy informację z numerem telefonu, pod który należało dzwonić, żeby wejść na teren kirkutu. Ktoś z nas wyciągnął komórkę, lecz po chwili okazało się, że nie ma takiej potrzeby. Od strony pobliskich zabudowań nadszedł starszy pan, z kluczami i biletami Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego.

Weszliśmy. Stanęliśmy u stóp wielkiego, porośniętego starymi drzewami pagórka. W górę prowadziły schody, przy których zobaczyliśmy pierwsze, początkowo nieliczne nagrobki. Im wyżej – tym więcej płyt, kamieni i pomników. Dopiero po wejściu na wzgórze, można było rozeznać się w wielkości nekropolii. Widok nieco straszny i przytłaczający, a jednocześnie niezwykle magiczny i nastrojowy. Pokryte liśćmi, korony ogromnych drzew przepuszczały niewielką ilość słonecznego światła. Wokół nas panował półmrok. W pewnym momencie schody skończyły się, a zamiast nich pojawiła się wąska ścieżka. Po obu jej stronach leżały, bądź stały, stare, poprzekrzywiane – macewy.

Stąpaliśmy po miękkiej trawie, uważając by nie nadepnąć na wyłaniające się z niej nagrobki. Niekiedy zaledwie fragmenty płyt wystawały ponad podłoże i dopiero po przyjrzeniu się można było odkryć, że dziwnie zaokrąglone i wydłużone kamienie, zachodzące na ścieżkę, nie są zwykłymi kamieniami.

Upływający czas, widoczny był nie tylko w datach, wykutych na nagrobkach, ale i w wyglądzie poprzewracanych, zapadających się w ziemię, porośniętych mchem macew. Najstarsze z nich pochodzą z XVI zaś najmłodsze z XX wieku. Na cmentarzu znajduje się około dwóch tysięcy nagrobków. W czasie II wojny światowej dokonywano tu egzekucji Żydów. O tych wydarzeniach przypominają symboliczne groby ofiar Holocaustu.

Jest to miejsce zmuszające do zadumy i zastanowienia się nad sensem i kresem ludzkiego życia. Daje się zauważyć niesamowity kontrast pomiędzy kolorowymi ulicami Leska, pełnymi turystów, sklepów i domów a ciemnym, starym, cichym kirkutem, gdzie tylko stare drzewa nucą legendy z minionych lat. Dwa światy, których granicę stanowi brama, zamykana na kłódkę, wiszącą na grubym metalowym łańcuchu …



poniedziałek, 03 listopada 2014

Zimno. Chodzę po domu w polarowej bluzie, pijąc kolejne gorące herbaty, kawy i czekolady. W moim życiu, jakiś czas temu, pojawiła się tak zwana Wyższa Konieczność. Czasami nazywam ją Mocą. Cóż to jest? Otóż jest to miejsce może w mojej głowie, może w świadomości, a może w sercu, do którego odwołuję się, gdy nie mam pojęcia, co uczynić z jakimś problemem, gdy nie wiem jak wybrnąć z trudnej sytuacji, gdy brakuje mi pomysłu odnośnie konkretnego projektu.

Siadam sobie wtedy w spokoju, na wygodnej kanapie, wyciszam wszystkie myśli i pytam Wyższą Konieczność o radę.

Co się wtedy dzieje? Różnie bywa. Niekiedy Moc od razu, bez specjalnego proszenia i przebłagiwania podaje mi odpowiednie, najczęściej najprostsze i najbardziej trafne rozwiązanie. Czasami naprowadza mnie na właściwy trop poprzez serię pytań, które pojawiają się nieproszone w moim umyśle. Ja na te pytania odpowiadam i jak po nitce do kłębka, docieram do sedna sprawy, łapiąc się jednocześnie za głowę i wołając: „Mój Boże, jakie to było proste!”.

Żeby jednak nie wprowadzać w błąd, od razu zaznaczam, że owa Wyższa Konieczność, mimo że jest bytem prawie doskonałym oraz mocno inteligentnym, miewa nieraz humory. Dla przykładu: potrafi zwodzić i wpuszczać w maliny. Przydaje się wtedy zdrowy rozsądek, by trafnie ocenić przydatność jej pomysłów i inspiracji, oddzielić ziarno od plew.

Bywają dni, kiedy Wyższa Konieczność łapie focha (nie mam pojęcia z jakiego powodu) i nie chce odpowiadać na żadne pytania, nie chce rozmawiać, nie chce drążyć narzuconego tematu.

– Nawarzyłaś sobie piwa – burczy. – To je teraz wypij!

Na coraz mniej delikatne nalegania reaguje zimną zjadliwością:

– Masz mózg, to go użyj. Rozleniwiło się to to i nawet najprostszego rozumowania nie jest w stanie przeprowadzić.

Trzaskam wtedy drzwiami (takimi wewnątrz siebie) i rozwiązuję problem sama. A potem, gdzieś w tyle głowy, słyszę radosny głos:

– Widzisz! Jak chcesz, to potrafisz …

Któregoś tygodnia – luźniejszy dzień, wolny od pracy. Snuję się po mieszkaniu, umierając z nudów. Głowa mnie boli, wszystko denerwuje, a za oknem szarówa. Pytam Wyższą Konieczność:

– Co tu robić?

Odpowiedź brzmi:

– Posprzątaj balkon.

– Co?!

– Posprzątaj balkon. No już!

Nie chciało mi się dyskutować z moją własną Mocą, tym bardziej że czułam bardziej niemoc … niż moc. Inne pomysły spędzenia czasu jakoś do głowy nie napłynęły, ubrałam się więc ciepło, wzięłam ścierę, ciepłą wodę, miotłę i worek na śmieci, po czym smętnie podreptałam na balkon. Umyłam stolik, krzesła, podłogę, ogarnęłam doniczki z zeschłych liści, badyli i traw. Wywaliłam zdechłe owady i kilka petów papierosowych, które dziwnym trafem spadły od sąsiada z wyższego piętra.

Wróciwszy do domu, stwierdziłam, że to nagłe niespodziewane sprzątanie nie było wcale takim złym pomysłem. A oto plusy, jakie odnotowałam:

1. Mam balkon sprzątnięty na zimę.

2. Przestała boleć mnie głowa.

3. Poprawił mi się humor.

4. Znalazłam wreszcie powód, by zacząć odpoczywać …



 
1 , 2
stat4u